Grzegorz Kozłowski - Dzieci są darem Boga - Fundacja Otwórz Oczy

Grzegorz Kozłowski - Dzieci są darem Boga

Mamy dzieci, wychowujemy je, cieszymy się nimi albo męczymy – jeśli sprawiają kłopoty – ale owo MY nie jest najważniejsze. Posiadanie dzieci nie jest li tylko kwestią naszej decyzji, bo dzieci są darem Boga. Po prostu. Z Renatą zawsze chcieliśmy mieć dzieciaki: zamiast być „taką piękną parą” zostać „taką piękną rodziną”. Czyli nasza rodzina jest dla mnie na pewno życiowym spełnieniem. Ale nie było w naszym życiu momentu decyzji „chcemy/nie chcemy”. Takie rzeczy dzieją się naturalnie.

Grzegorz KozłowskiMam szczególny rodzaj niepełnosprawności.
I w moim życiu były momenty zastanowienia: „czy nadaję się na ojca?, „czy taki ktoś jak ja może i powinien być tatą?”. Sytuacja wygląda tak, że w przypadku zaćmy, jest 50% ryzyka, że dzieci będą ją dziedziczyć; w przypadku wad słuchu jest to ponoć 1%.

 

Miałem takie wahania przed ślubem. Na etapie budowania związku podstawowe dla mnie pytanie brzmiało jednak inaczej – czy ja mogę obciążać swoją niepełnosprawnością Renatę? Czy dla mojej (sprawnej) żony życie ze mną nie będzie zbyt trudne? A dzieci? Kiedy już powiedziało się „A” (ślub), należało powiedzieć „B”. Byliśmy gotowi na przyjęcie niepełnosprawnego dziecka. Stało się inaczej, nasze dzieci są sprawne.

 Wszystkie nasze dzieci rodziliśmy wspólnie – mimo, że 19 lat temu (tyle ma Małgosia) nie było to takie oczywiste, nawet w Warszawie. Przyjście na świat nowego człowieczka to niezwykłe doświadczenie i zachęcam wszystkich młodych ojców, żeby byli przy porodzie. To bardzo buduje relacje w małżeństwie. Daje też niezwykłe emocjonalnie doświadczenie. Wzięcie na ręce noworodka to niesamowity moment – dla mamy i dla taty.

 

Moja niesprawność na pewno trochę determinuje nasze rodzinne relacje, i też to, jakim jestem ojcem. Bo na przykład wszystkie dzieci bardzo szybko i niejako naturalnie wzięły na siebie rolę mojego przewodnika. A najmłodsza Agnieszka jako kilkulatek posługiwała się alfabetem dotykowym Lorma. Kiedy dzieci były małe i chciały coś od taty, brały mnie za rękę i prowadziły – do lodówki, do telewizora, do półki z zabawkami. Jakby to powiedzieć – dogadywaliśmy się.

Generalnie nie miałem też większych kłopotów z opieką nad maluchami – kiedy były jeszcze maluchami. Raz tylko miałem taką sytuację tutaj, w Lasku Bielańskim, z Dominikiem, trzecim naszym dzieckiem: gdy miał trzy lata, wyszedł ze mną na spacer i... zniknął. Musiałem poprosić żonę o pomoc. A Dominik odnalazł się sam – bawił się z innymi dzieciakami.

Pewnych rzeczy, rzecz jasna nie jestem w stanie przeskoczyć – na przykład generalnie nie pojawiam się na wywiadówkach – zwyczajny w takich miejscach szum i hałas uniemożliwia mi rozumienie tego co mówią inni – np. nauczyciele. Ale za to kilka lat temu, moje dzieci pochwaliły się w szkole że tata nie widzi i nie słyszy. Wychowawczyni zaprosiła mnie do szkoły. Poprowadziłem krótkie zajęcia: dałem dzieciakom nieprzejrzyste gogle i stopery do uszu i pokazałem, jak postrzega świat człowiek głuchoniewidomy. Pokazałem też alfabet Lorma. Po jakim czasie musiałem powtórzyć całość w przedszkolu, bo młodsze dzieci też chciały pochwalić się tatą! Wiem, że zajęcia te zrobiły na uczniach duże wrażenie – zaistniałem więc w szkole jako aktywny tato.

Teraz myślę, że bardziej od niesprawności, rodzicielstwo kradnie mi brak czasu – jak to
w rodzinach wielodzietnych jest mnóstwo bieganiny; ja też mam wiele zobowiązań zawodowych. Relacje ojciec – dzieci uciekają między palcami i – myślę – to jest problem wielu (większości?) mężczyzn.

Jakim jestem tatą...  instynktownym. Kobiety chyba bardziej ciągną w stronę teorii wychowania, starają się swoje relacje z dziećmi ubra          ć w jakiś system. Mężczyźni reagują bardziej spontanicznie. No więc nie jestem typem ojca „wbij to sobie dobrze do głowy”, bo w ogóle nie jestem takim człowiekiem. Ale nie jestem też cieplutkim tatusiem „do rany przyłóż”. Mieszczę się gdzieś pośrodku.

Jestem bardzo dumny ze swoich dzieci. I tak było od początku. Najpierw radość z pojawienia się nowego człowieka, potem ten niesamowity czas kiedy dziecko rozwija się i uczy nowych rzeczy: siadania, chodzenia, mówienia, zadawania pytań, zachwytu nad światem... Narząd wzroku kompensuje się m.in. dotykiem i pamiętam, gdy dzieci miały nieco mniej lat, byłem przytulającym ojcem. Dorastaniu dzieci towarzyszy takie małe poczucie straty... że nie jest już jak dawniej.

Mam spore dzieci, więc wyrosłem już z czasów, gdy po przyjściu do domu witały mnie rozradowane główki, które coś chciały i paplały jedna przez drugą. Ale staram się wciąż spędzać „rodzicielski” czas z dziećmi. Staramy się wyjechać od czasu do czasu wszyscy razem – w te wakacje byliśmy całą rodziną w Bieszczadach. Robimy też z dziećmi różne rzeczy, o które raczej byś mnie nie podejrzewał – na przykład jeździmy na rowerach, albo gramy w piłkę (to raczej w wakacje). Z tym, że na rowerze nigdy po ulicy. Kopanie piłki jest o tyle proste, że tworzy ona wyraźny kontrast z trawą – jestem więc w stanie sobie radzić. Kiedy dzieci były małe chodziliśmy na szkole na boisko. Teraz dzieciaki są na mnie za dobre – kiwają mnie niemiłosiernie. Co jeszcze robimy... w porywach chodzimy na basen, grywamy w karty – mam specjalne karty obrajlowione i z powiększonym nadrukiem – najbardziej lubimy canastę, to gra dla czworga naraz.

Również z racji mojej niepełnosprawności, nasze rodzicielstwo jest dla nas doświadczeniem wspólnym. To znaczy nie jest tak, że każde z nas ma swój zakres obowiązków i robimy swoje nie wchodząc we wzajemne relacje. Reguły są płynne, a to co robimy i jak funkcjonujemy, zazębia się. Czyli bardziej budujemy rodzinę niż relacje mama – dzieci, tato – dzieci. Tak nam wychodzi, ale też jest to zjawisko wspólne dla większości rodzin wielodzietnych (a mamy mnóstwo wielodzietnych znajomych). Ja myślę, że takie budowanie rodziny buduje każdego z jej członków –
w tym mnie. Wspaniale jest mieć dzieci.

Wróć