Rafał Kanarek - Jak wygląda pępowina? - Fundacja Otwórz Oczy

Rafał Kanarek - Jak wygląda pępowina?

Bardzo dobrze, że powstaje taka publikacja jak wasza. Bo temat ojców z niepełnosprawnością jest wielką białą plamą. O matkach trochę się pisze i mówi, o ojcach – głucha cisza. Mam więc poczucie podwójnej dyskryminacji – jako człowiek z niepełnosprawnością i jako ojciec. Przecież to widać – wszystkie okołodziecięce reklamy w TV, kampanie społeczne i tak dalej są o mamach. Weźmy reklamy – pieluch, zupek, zabawek – wszędzie występuje para dziecko i mama. Mężczyzn w tym przekazie w ogóle nie ma. Niepełnosprawny tato jest więc w dla przeciętnego człowieka kompletnym curiosum.

Jest taka kategoria ciekawskich starszych osób; wiecie, że parę razy owi ciekawscy staruszkowie (osobliwie kobiety) zwracali mi uwagę np. na dworcu (a oboje z Emilką bardzo lubimy jeździć pociągami) albo w sklepie, że to jest kompletnie nieodpowiedzialne abym sam zajmował się małą dziewczynką? A ja – ponieważ nie widzę – cały czas kontroluję dziecko i NIGDY nie zdarzyło mi się jej zgubić: albo trzymamy się z Emilią za ręce, albo noszę ją na barana, albo zachowuję kontakt, bo po prostu ją słyszę. Ciekawe, czy tata po alkoholu budzi taką grozę u bliźnich...

Jest też tak, że zarówno Marta (moja żona) jak i ja, kompensujemy sobie brak wzroku również w ten sposób, że po prostu jesteśmy bardziej uważni. Wyobraźcie sobie Wasze funkcjonowanie na spacerze z małym dzieckiem – trochę uwagi poświęca się dziecku, a resztę – pracy, różnym sprawom codziennym itp. Taki luźny spacerek. Ja muszę być bardziej skupionym – na przykład uważnie słuchać i słyszeć, gdzie w tej chwili jest Emilka.

 Oboje chcieliśmy mieć dzieci i sprawa naszej niepełnosprawności nie stanowiła tu problemu. W każdym razie dla nas – rodzice mojej żony byli przerażeni. Marta dowiedziała się o ciąży tuż po maturze; jej ojciec zaproponował, żeby po porodzie przyjechała z dzieckiem na kilka miesięcy. Do teściów. Pod Sanok. Postawiłem się – Emilka ma dwoje rodziców i – jeśli mamy być nimi na serio – to sami musimy sobie radzić. I radziliśmy sobie. Marta miała modelowego baby bluesa, a ja – długi urlop (został mi z poprzedniego roku). Więc wziąłem na siebie sporą część „obsługi” małej – kąpałem, przewijałem, pielęgnowałem. To oczywiście nie znaczy, że zastępowałem małej mamę: po prostu wspierałem żonę ile się dało.
Z trudnościami i nowymi wyzwaniami dawaliśmy sobie radę razem; Marta na przykład – sama debiutantka – uczyła mnie różnych rzeczy, które dla niej były niejako naturalne – chociażby jak wykąpać dziecko, żeby było i wykąpane i zadowolone.  Zmieniałem pieluchy – osoba niewidoma wyczuwa przecież brudną pieluchę tak samo łatwo, jak sprawna. Tylko innym zmysłem (śmiech).

No i tak zostało, że Emilka jest modelową córeczką tatusia – lubimy się i lubimy być mieć wspólny czas. A czas spędzamy różnie – trywialnie, na placu zabaw, ale na przykład pewnego dnia wybraliśmy się na przejażdżkę PKP. Emilii bardzo imponują pociągi. Kiedyś właśnie poprosiła mnie o wieczorną wycieczkę na trasie Warszawa Wschodnia – Warszawa Śródmieście. I jeszcze zakupy w centrum handlowym. Świetnie się bawiliśmy cały wieczór.

Emilia nie jest więc żadną wpadką (w ogóle to słowo jest okropne), a jeżeli już, to taką „wpadką kontrolowaną”.

W początkowej fazie – ciąży Marty i niemowlęctwa, bardzo pomógł nam udział w szkole rodzenia. To było niesamowite przeżycie, bo położne podeszły do nas z bardzo dużym zrozumieniem. Chociaż nie miały wcześniej, zdaje się, kontaktów z niewidomymi przyszłymi rodzicami. Na przykład taka scena – w czasie zajęć szkoły rodzenia puszczali „kursantom” film instruktażowy. Z takiego filmu nic dla nas nie wynika. Położna usiadła przy nas i na żywo opowiedziała nam cały film. Dokonała profesjonalnej audiodeskrypcji. Pokazała nam też na lalce, jak ubierać i rozbierać, pielęgnować niemowlę itp. Właśnie pokazała a nie opowiedziała – to ważne, bo ja siłą rzeczy uczę się różnych rzeczy dotykowo. No i przesłanie szkoły rodzenia brzmiało „Wy jesteście rodzicami, wy wiecie najlepiej, co jest dobre dla Waszego dziecka”. Niby nic, a tak naprawdę bardzo dużo.

 Jako świadomi, oczekujący dziecka rodzice, chcieliśmy porodu rodzinnego. Rodziliśmy więc wspólnie i osobiście przeciąłem pępowinę. Duże przeżycie, fakt. Opowiedziałem znajomemu, jak wygląda pępowina: jak kabel zasilający do jednostki centralnej, tylko rowkowany. „Ale hardkor” – westchnął.

Czy nasza niepełnosprawność determinuje to, jakimi jesteśmy rodzicami... Rzecz jasna, trochę tak. Pamiętam taką rozmowę, w większym gronie, gdy ktoś powiedział, że rodzicielstwo szczególnie niewidomych obciążone jest bardzo dużym ryzykiem – że dziecko nie będzie należycie dopilnowane, że nauczy się oszukiwać rodziców (skąd ja niby mam wiedzieć, czy Emilka odrobi pracę domową i czy w ogóle będzie miała coś zadane?!), czyli jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że wychowawczo się wykolei. No nie wiem... Myślę, że jeśli dzieciak wyniesie z domu pewien bagaż dobrych doświadczeń i dobrych wzorców – wyjdzie na prostą. Ostatecznie nie można postawić znaku równości między „niesprawnością” a „niewydolnością wychowawczą”. 

Ja rozumiem lęki ludzi z niesprawnościami przed posiadaniem dzieci. Ale lęk nie może determinować naszego życia. Dlatego Emilka – kto wie – może doczeka się brata lub siostry.

Poza tym – co tu kryć – mamy takie czasy, że tajemniczy, dla mnie niezrozumiały, lęk przed dziećmi, mają wszyscy. Taki trend.

Wróć