Stefan Makowski / Arkadiusz Jabłoński - Nie dla mięczaków - Fundacja Otwórz Oczy

Stefan Makowski / Arkadiusz Jabłoński - Nie dla mięczaków

Albo strach, albo dzieci

Arkadiusz: fajnie jest być rodzicem. Ja nie miałem żadnych, ale to żadnych wątpliwości, że będziemy mieć dzieci. Bo jesteśmy dorośli i jesteśmy małżeństwem. Przyjęliśmy więc taktykę radosnego oczekiwania: kochamy się, akceptując ewentualne radości płynące z tegoż kochania. Ową radością jest jak na razie Justyna.

Stefan: zawsze podobały mi się rodziny wielodzietne. Wszystkim opowiadałem, że taką właśnie stworzę. Jak na razie mamy dwie córki – Asię i Agnieszkę. Aga cierpi na autyzm i jest to choroba, która bardzo absorbuje nasz czas i wysiłek. Więc pewnie pozostanie tak, jak jest. Ale ważna jest inna kwestia: podobnie, jak u Arka, nigdy nie podejmowaliśmy decyzji „chcemy/nie chcemy mieć dzieci”. To w ogóle nie powinno być kwestią decyzji rodziców, bo świat nieuchronnie zmierza w kierunku wygodnictwa. A wygodnie jest siedzieć przed telewizorem i nie zajmować się dziećmi. Więc owe rodziny wielodzietne powoli stają się dobrem rzadkim, a szkoda.

Arkadiusz: I nie można się bać. Wielu pozornie dojrzałych ludzi, po prostu boi się odpowiedzialności. Kurczę! Albo jesteś dorosły, albo nie. I to dotyczy zarówno posiadania dzieci, jak i w ogóle wchodzenia w małżeństwo. Ja tego nie pojmuję, dla mnie to wywrócenie zasad cywilizacji. Dlatego zawodowo angażuję się w kampanie społeczne o nastawieniu prorodzinnym, a odmawiam zaangażowania w kampanie antyrodzinne (a takie są, a jakże). To kwestia mojej wiarygodności – chociażby wobec własnej córki. 

Stefan: O strachu: nauczyłem się chodzić
w wieku 16 lat. I dla mnie moment pokonania kompleksów nastolatka zbiegł się z pokonaniem mojego prywatnego strachu: czy jak pójdę do kiosku po gazetę, to się nie wyłożę na chodniku? Kiedy już doszedłem – do tego kiosku – wszystko stało się prostsze. Relacje z dziewczynami też.

 

Niepełnosprawny z dzieckiem, czy ojciec z niepełnosprawnością?

Arkadiusz: czy ja postrzegam swoje rodzicielstwo przez pryzmat niepełnosprawności... Nie, bo w ogóle nie postrzegam siebie jako „niepełnosprawnego Arka”. Ale z drugiej strony trudno nie dostrzec wózkowych ograniczeń. Teraz jest lepiej, ale i tak można poczuć się w Polsce obywatelem drugiej kategorii przez koszmarnie niedostosowaną infrastrukturę. Kiedy urodziła się Justyna, mieszkaliśmy na AWFie. Była jedna winda, ale mała. Jeśli chciałem wyjść na spacer z córką (a regularnie podejmowałem ten wysiłek) musiałem zjechać ja i nawoływać ochotników, żeby zwieźli mi wózek Justynki. To samo w komunikacji miejskiej, na chodnikach. To bardzo krępujące, że musisz prosić o pomoc w zwykłych, banalnych sytuacjach. Podobnie, jesteśmy (ja i moja żona) mało obecni w szkolnym życiu naszej córki – bo ja nie jestem w stanie zaliczyć wywiadówek, teatrzyków itp. w budynkach kompletnie niedostosowanych. Nawet z dużym poczuciem humoru i dystansu do siebie nie masz frajdy z tego, że ktoś cię nosi. No i nie możesz liczyć na to, że zawsze znajdzie się kilku chłopa, żeby cię wciągnąć na piętro. A ja jestem dużym facetem i dużo ważę. Przy czym nie mam jakiś specjalnych doświadczeń wykluczenia ze strony ludzi, wręcz przeciwnie. Chodzi tylko o infrastrukturę. Czym jestem starszy, tym bardziej mnie to irytuje – bo przecież podatki płacę jak każdy inny człowiek.

Stefan: Nie ma o czym mówić. Jestem ojcem, a nie ojcem z czymśtam. Obaj z Arkiem mamy zresztą pewną skazę (śmiech): czynnie uprawiamy sport, co oznacza, że jesteśmy bardzo sprawni, jak na niepełnosprawnych. Moje ograniczenia fizyczne nie ograniczają mnie jako taty.

 

Budowanie relacji

Stefan: Bardzo, bardzo ważny był dla mnie moment obu porodów. Byłem przy nich i wiem, jak wielkim wysiłkiem dla kobiety jest wydanie na świat nowego człowieczka. To niesamowicie buduje szacunek. Kiedy przypominam sobie moment porodu dziewczyn, zawsze wracają te emocje – miłości i szacunku do Kasi.

Arkadiusz: a ja niestety nie mogłem rodzić we dwoje, bo przy cesarkach (a tak było w naszym przypadku – kwestia zdrowia żony) jest to wykluczone, a przynajmniej było 13 lat temu. No i nie przecinałem pępowiny...

Stefan: Pępowiny są przereklamowane. Ja przecinałem: i głównie bałem się, żeby nie zrobić krzywdy mamie i małej.

Arkadiusz: Dla mnie taki budujący był okres po porodzie. Moja żona siłą rzeczy nie mogła podołać sama rodzicielskim obowiązkom i wziąłem to na siebie – kąpiele, karmienie, spacery. Jak wyglądało wychodzenie z domu z małą już mówiłem – ale generalnie wspominam tamten czas bardzo dobrze. Później też bardzo fajne były nasze relacje z Justyną – wspólnie spędzony czas i tak dalej. Do dzisiaj się chyba dobrze rozumiemy, chociaż moja już gimnazjalistka jest osobą bardzo niezależną i upartą – jak ja, co tu kryć.

 

Wychowawca Młodzieży

Arkadiusz: Jestem wyznawcą tradycyjnego modelu rodziny, czy to się komuś podoba, czy nie. I – żeby nie było niedomówień – moja żona akceptuje taki układ. Czyli u nas jest dość klarowny podział obowiązków – ja jestem od wychowania, dyscyplinowania i – przede wszystkim – brania odpowiedzialności za rodzinę i zarabiania na jej utrzymanie. Mama jest od miłości i kłopotów codziennych. Na tym obrazie jest tylko taka rysa, że niespecjalnie wychodzi mi to dyscyplinowanie.

Stefan: Postrzegam swoje obowiązki ojca rodziny jak kogoś, kto troszczy się o innych. Jestem taką opiekuńczą głową rodziny. Jeżeli jednak zastanawiam się nad podziałem zadań u mnie, noo... nie jest tak idealnie klarowny. Na przykład moja żona jest niesamowicie samodzielna jeśli chodzi o tzw. męskie prace domowe. Ba, uważa, że robi to lepiej ode mnie. Efekt jest taki, że ja zabrałem Agę na turnus rehabilitacyjny, a w tym czasie Kasia pomalowała mieszkanie. Jak się tak zastanowić, ma to swoje zalety (śmiech).

Trochę mam za małe dzieci, żeby odpowiedzieć na pytanie o rolę taty jako wychowawcy. Moja rola na razie to bardziej jednak opiekun i zaganiacz do łóżek. To Arek mógłby powiedzieć więcej o wychowaniu młodzieży. Choć z drugiej strony uczę młodych ludzi w liceum – to bardzo ciekawa i satysfakcjonująca praca, ale jednak nie to samo, co wprowadzanie w świat własnych dzieci.

 

Czas

Arkadiusz: Jak wygląda mój dzień jako rodzica? Nie przesadzajmy, mam tylko jedną i to dużą córkę. Wstaję, idę do pracy, wracam, jemy, gadamy, odrabiamy lekcje itp. Charakterystyczną cechą jest tylko to, że rano słodkim głosem intonuję: „Justynko, czas wstawać do szkoły.” Po 10 minutach intonuje to nieco bardziej stanowczo, a po kolejnych 10 krzyczę „Wstań, do jasnej Anielki, bo zaraz wychodzisz”.

Myślę, że w dzisiejszych zabieganych czasach to jest problem wielu (większości?) ojców, że wiele rzeczy im ucieka, z braku czasu. Ja jestem aktywnym sportowcem, co wiąże się ze zgrupowaniami, treningami itp. Poza tym pracuję bardzo intensywnie. Mam więc poczucie winy – wiem, że wiele z życia rodzinnego mi ucieka. Nawet o ciąży żony dowiedziałem się na zgrupowaniu.

Stefan: Małe dzieci wymagają dużo zaangażowania czasowego. Większość z tego spada na moją żonę, ale ja też mam swoją działkę. Ale to co mówi Arek jest pewnym faktem – jesteśmy (my, ojcowie) na tyle zabiegani, że dużo tracimy. Ja – tak się składa – kończę karierę sportową; mam więc nadzieję, że więcej czasu poświęcę rodzinie. Oby.

 

Nie dla mięczaków

Jakieś przesłanie? Co chcecie powiedzieć młodym chłopakom z niepełnosprawnością
o zak
ładaniu rodziny?

Arkadiusz: Rodzina nie jest zabawą dla mięczaków. Mężczyzna – sprawny czy nie – powinien potrafić zadbać
o swoją kobietę i o swoje dzieci. Nie może uwieszać się na innych.

Stefan: Co można powiedzieć – chcesz przeżyć przygodę życia? – Załóż rodzinę, zostań ojcem.

Wróć