Dominik Rymer - Sportowcem się bywa, a ojcem się jest - Fundacja Otwórz Oczy

Dominik Rymer - Sportowcem się bywa, a ojcem się jest

Kiedy stał się wypadek, miałeś zaledwie 16 lat...

Całość mojego dorosłego życia i moich ojcowskich doświadczeń to doświadczenia faceta na wózku, który jest tatą. Nie potrafię więc do końca odpowiedzieć na pytanie, jak niesprawność determinuje moje rodzicielstwo – nie znam innego rodzicielstwa  niż moje – ojca na wózku.

 

Czy w twoim życiu był moment zastanowienia, „czy nadaję się na ojca?, czy taki ktoś jak ja może być tatą?”. Nie miałeś problemu z wejściem w małżeństwo?

Poznałem swoją żonę już jako wózkowicz, bo przecież miałem zaledwie 16 lat, kiedy złamałem kręgosłup. Ola jest terapeutką w Fundacji Aktywnej Rehabilitacji. Pewnie różnię się nieco od przeciętnego ojca, bo dla mnie problem „czy będę ojcem” wyglądał nieco inaczej. Większość młodych facetów – tak myślę – boi się wejść w rodzicielstwo. Tak, jak boi się wejść w stały związek. Takie czasy.

I w tym momencie posiadanie dziecka staje się trudną, wymęczoną decyzją.

Ja natomiast bardziej bałem się, że nie będę mógł mieć dzieci. Porażenie czterokończynowe nader często powoduje zaburzenia płodności czy erekcji. Więc miałem powody, żeby się bać. Całe szczęście okazało się, że te obawy były płonne.

Tak czy owak, z żoną nie mieliśmy jakiegokolwiek problemu z zaakceptowaniem dzieci. Chcieliśmy je mieć i – można powiedzieć – czekaliśmy na nie.

Nie miałem też jakiś strasznych problemów z wejściem w małżeństwo. Nie czuję się gorszy, na co pewnie składają się również sukcesy sportowe. FAR, zajmująca się osobami po urazach kręgosłupa, bardzo duży nacisk kładzie na wyjście z poczucia niższości i z depresji. Kiedy zaczęliśmy się spotykać z Olą byłem już pogodzony ze sobą. Nie przenosiłem więc na nią swoich złych emocji.

 

Każdy rodzic z niepełnosprawnością musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy i na ile jego niepełnosprawność determinuje owo rodzicielstwo. Czy coś w nim jest „inaczej”?

Ja staram się, żeby nic nie było inaczej. Ale są pewne sprawy oczywiste – to Ola jest bardziej obciążona dziećmi, bo ja wielu rzeczy nie po prostu nie dam rady zrobić. Chociażby teraz, kiedy rozmawiamy – dzieci pospały się w samochodzie i to moja żona musiała zataszczyć je do domu. Czasami rodzi to zabawne sytuacje: na przykład wyobraźcie sobie oskarżycielskie miny ludzi, kiedy podjeżdżamy na stację benzynową i ja siedzę za kierownicą, a to Ola wychodzi i tankuje. (Wtedy nie widać wózka.)

W życiu codziennym pomaga mi bardzo Kankan – pies asystujący, którego dostałem kilka lat temu z Fundacji Pomocna Łapa. Poza tym, że wrósł w naszą rodzinę, pies jest nieoceniony jako pomocnik: czasem, gdy wsiadam do auta, wózek potrafi odjechać przed złożeniem. Dawniej byłem w takich sytuacjach bezsilny; musiałem poprosić o pomoc przechodniów – jeśli akurat jacyś byli. Teraz wózek podprowadza Kankan. Podaje też rzeczy, które upuszczam. Bywa nieoceniony.

Nie mam za to jakiś niefajnych sytuacji międzyludzkich: nawet nasze przedszkole jest takie, że panie same zgarniają dzieci i nam odstawiają. Dużo takiej zwykłej ludzkiej życzliwości, poza procedurami.

Podobnie było ze szkołą rodzenia (a jakże, byliśmy wspólnie) i porodówką. Nie miałem, nie mieliśmy problemów z personelem, w sensie ograniczania mnie jako ojca albo braku wrażliwości na moją niesprawność.

 

Czy masz jakiś obraz siebie jako ojca? Jakim jesteś tatą? Na ile rodzicielstwo Państwa Rymer jest doświadczeniem wspólnym, a na ile każdy zajmuje się swoją częścią obowiązków i te obowiązki nie przenikają się?

Dużo pytań na raz. Mamy małe dzieci, więc faktycznie, głównie zajmuje się nimi mama. Dochodzą moje problemy z poruszaniem się i w ten sposób bardzo dużo spada na Olę. Mam nadzieję, że zmieni się to w przyszłości, kiedy oprócz pielęgnacji, doglądania i czuwania nad nimi dojdą poważne rozmowy, problemy do rozwiązania i tak dalej. Będę mógł się bardziej wykazać jako towarzysz życia młodych ludzi. Taki trochę system średniowieczny. Mama do postrzyżyn, a po postrzyżynach – hmmm... zobaczymy. 

Trochę boję się tego „po postrzyżynach”, bo tak naprawdę nie wiem, co dzieci zobaczą w mojej niepełnosprawności. Na ile będą akceptować mnie takiego, jakim jestem, a na ile stanie się to problemem. Czy nie będą miały schodów wśród kolegów – dzieciaki różnie reagują. Na razie Kuba traktuje mój wózek jako część rzeczywistości obiektywnej, bez głębszych refleksji. Ale nie ma jeszcze 3 lat. I jest też tak, że dość płynnie wchodzi w rolę asystenta osobistego – podając różne rzeczy i pomagając mi na co dzień. Na ile jest dobry prognostyk na przyszłość – nie wiem.

No i oczywiście pozostaje kwestia czasu. Ja jestem człowiekiem mocno zabieganym – praca, treningi, które są dla mnie bardzo ważne, bo oprócz sportowych satysfakcji,  po prostu usprawniają. Będzie jeszcze trudniej, kiedy Ola wróci do pracy. Przymierzamy się do sensownego podziału obowiązków, gdy to nastąpi.

 Jak postrzegam siebie jako ojca... Myślę, że sportowcem, pracownikiem i tak dalej się BYWA. Ale ojcem się JEST. To jest chyba najważniejsze. To rodzina daje prawdziwe spełnienie. A dzieci sprawiają, że jesteśmy bardziej ludzcy. Mimo całego wysiłku, jaki dzień w dzień wkładamy, żeby je wychować.

Wróć